Tyszowce uczciły 360. rocznicę Konfederacji Tyszowieckiej. Z tej okazji we wtorek 29 grudnia odbyła się uroczysta sesja Rady Miejskiej i akademia w centrum kultury, a w kościele została odprawiona rocznicowa msza święta.
W obchodach uczestniczyli mieszkańcy Tyszowiec, przedstawiciele władz samorządowych, poczty sztandarowe ochotniczych straży pożarnych, szkół i organizacji kombatanckich.
Mszy świętej w kościele pod wezwaniem św. Leonarda przewodniczył proboszcz miejscowej parafii ksiądz Wiesław Banaś, a homilię wygłosił wikariusz ksiądz Andrzej Michalski.
Podczas eucharystii wystawiono cztery ogromne świece, długości około 5 metrów, które są nierozerwalnie związane z Konfederacją Tyszowiecką. - Szwedzi podarowali je konfederatom po przegranej bitwie pod Tyszowcami w miejscowości Klątwy i chcieli, by odpalono je podczas mszy świętej dziękczynnej za zwycięstwo. Jak się potem okazało miały one być swoistym "koniem trojańskim", ponieważ w środku były wypełnione prochem - przypomina burmistrz Tyszowiec Mariusz Zając. Najeźdźcy liczyli, że skoro nie udało im się zwyciężyć na polu walki, pokonają przeciwników króla fortelem. Odpowiedzi na pytanie dlaczego plan się nie powiódł, są według legend dwie. Jedna głosi, że świece zostały zapalone, ale podmuch wiatru zgasił je, a gdy próbowano odpalić je kolejny raz okazało się, że zamiast knota w środku jest lont. Według drugiej - niezwykłej urody służka kościelna rozkochała w sobie Szweda, który ostrzegł ją, by nie brała udziału w planowanej mszy za zwycięstwo konfederatów. Gdy wiadomość dotarła do księdza ten nakazał rozbicie jednej ze świec, z której wysypał się proch.
Mszy świętej w kościele pod wezwaniem św. Leonarda przewodniczył proboszcz miejscowej parafii ksiądz Wiesław Banaś, a homilię wygłosił wikariusz ksiądz Andrzej Michalski.
Podczas eucharystii wystawiono cztery ogromne świece, długości około 5 metrów, które są nierozerwalnie związane z Konfederacją Tyszowiecką. - Szwedzi podarowali je konfederatom po przegranej bitwie pod Tyszowcami w miejscowości Klątwy i chcieli, by odpalono je podczas mszy świętej dziękczynnej za zwycięstwo. Jak się potem okazało miały one być swoistym "koniem trojańskim", ponieważ w środku były wypełnione prochem - przypomina burmistrz Tyszowiec Mariusz Zając. Najeźdźcy liczyli, że skoro nie udało im się zwyciężyć na polu walki, pokonają przeciwników króla fortelem. Odpowiedzi na pytanie dlaczego plan się nie powiódł, są według legend dwie. Jedna głosi, że świece zostały zapalone, ale podmuch wiatru zgasił je, a gdy próbowano odpalić je kolejny raz okazało się, że zamiast knota w środku jest lont. Według drugiej - niezwykłej urody służka kościelna rozkochała w sobie Szweda, który ostrzegł ją, by nie brała udziału w planowanej mszy za zwycięstwo konfederatów. Gdy wiadomość dotarła do księdza ten nakazał rozbicie jednej ze świec, z której wysypał się proch.